poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Imię drugiej duszy" - Co ze mnie zostało

"Dusza recesywna, którakolwiek z nas nią jest, po prostu... zaśnie."

Czasami w myślach kłócimy się sami ze sobą. Im dłużej trwa taka dyskusja, tym bardziej jesteśmy rozdrażnieni i spięci, ciągle nie mogąc dojść do porozumienia z samym sobą. A co jeśli w myślach kłócilibyśmy się z kimś innym? Jak wyglądałaby ta dyskusja, gdyby jedno ciało zamieszkiwały od zawsze dwie dusze - a każda z nich o odmiennym charakterze? Odpowiedzi na to pytanie starała się znaleźć Kat Zhang w swojej debiutanckiej powieści "Co ze mnie zostało".

Dwie dusze w jednym ciele to historia Addie i Evy. W dzieciństwie rodzice odzywali się do nich obu, niecierpliwie i z nadzieją wyczekując na wiek ustalenia, kiedy dusza pozostanie tylko jedna, a wszystko wróci do normy. Normalność jednak nie nadeszła, a Addie i Eva - pod groźbą umieszczenia w zakładzie specjalistycznym - ukrywać zaczęły swój obecny stan. Addie to dusza dominująca, co oznacza, że to ona kontroluje ciało. Evie przepadła rola duszy recesywnej, a przez życie w nieustannym strachu, zastanawia się ona czy nie lepiej byłoby zrezygnować i zniknąć. Tymczasem sekret zaczyna wychodzić na jaw, a marzenie o ponownym odzyskaniu kontroli (choć tylko częściowej) może bohaterki, ich rodzinę oraz nowych przyjaciół sporo kosztować

                                                  "By walczyć - bez względu na cenę."

Przyznać muszę, że lektura tej powieści zajęła mi trochę czasu. Głównie dlatego, że historia zamiast wciągać mnie akurat usypiała. Bohaterka (dwie dusze, więc właściwie byłoby powiedzieć "bohaterki") obawia się zabrania do kliniki zdrowia psychicznego. Mamy bunt ze strony Evy i nawiązanie kontaktu z innymi hybrydami (z jej szkoły). Potem faktycznie dochodzi do zatrzymania i przewiezienia bohaterów do osławionego zakładu. W tymże przybytku upływa część akcji, po czym następuje z niego ucieczka (nie dla wszystkich udana). Zwyczajnie spodziewałam się czegoś więcej - o wiele więcej! Taki scenariusz dla historii można z powodzeniem przewidzieć już na początku i Kat Zhang takim torem okazała się kierować akcję wydarzeń.

Kiedy czytamy o dwóch duszach w jednym ciele, nieustannie walczących o kontrolę, myślimy o "Intruzie". Po lekturze "Co ze mnie zostało" śmiało mogę przyznać, że zdecydowałabym się na ponowną lekturę właśnie powieści Stephenie Meyer niż Kat Zhang. "Intruz" w zestawieniu z pierwszym tomem Kronik Hybrydy aż kipi od ciągłej akcji, której zwroty trudno przychodzi przewidzieć. Może wpływa też na taką ocenę fakt, że "Co ze mnie zostało" to alternatywne losy naszego świata, w której zdawać by się mogło za wszystkie konflikty (dosłownie obie Wojny Światowe) zdają się być odpowiedzialne hybrydy i ich skonfliktowane dusze. Mam wrażenie, że Kat Zhang lepiej by sobie poradziła, gdyby losy Addie i Evy osadzić właśnie w antyutopijnej przyszłości - tak jak było to w przypadku "Intruza".

"- Co teraz zrobimy? - spytała.
- Przejdziemy przez to, jak tylko możemy najlepiej - powiedziałam. Cóż innego mogłabym odpowiedzieć?"

Sporym wyzwaniem był dla mnie także styl, w jakim napisana jest ta historia. Po prostu mi nie pasował. Autorka całą akcję zdaje się opierać na mimice, gestach czy innego rodzaju drobnych napięciach. I to działa - ale tylko w przypadku scen, kiedy dusze walczą o przejęcie kontroli na ruchami ciała. Działa wręcz piorunująco. Niestety masę opisów takich drobnych gestów, ekspresji twarzy czy napięcia przeróżnych mięśni mamy w tej książce przez cały czas w odniesieniu do wszystkich bohaterów. Przez to zastosowany tyle razy środek zwyczajnie stracił na sile i znaczeniu.

Na ocenę musi wpływać także skala tego, czego oczekiwało się od danej historii. W tym przypadku zafascynowało mnie wyobrażenie o koncepcji tej fabuły niż przekonało to, co otrzymałam w czasie lektury. Każda książka musi znaleźć swoich czytelników. Trudno mi się przekonać do tej historii, patrząc na to, czym mogłaby być, a jaka jest. Addie polubić nie zdołam, co do Evy żywiłam cieplejsze uczucia. Jako bohaterki cenię sobie wciąż takie postacie, które podejmują czynny bunt - bez względu na cenę i przewagę przeciwności losu. Eva była dla mnie w tym tomie zbyt pasywna, za bardzo pogodzona ze swoim losem i taka pozostała. Akcja mogła być tak emocjonująca jak w "Intruzie", choć tam dusza została umieszczona siłą. Tutaj są to siostry - a właściwie bardziej niż siostry - bliźniacze dusze. Właśnie dlatego zapewniało to już na starcie większy konflikt. Eva gotowa jest wręcz zniknąć, byle nie narazić Addie - kontrola została jakby przekazana dobrowolnie, a nie odebrana. Teraz dusze muszą się zrównać, ale przeciwko Addie jej siostra zbyt długo nie wystąpi. To jedynie przebłyski oporu niż jakiś większy krok ku wolności.

Tak bardzo chciałam polubić "Co ze mnie zostało". Podchodziłam do tej historii z niesamowicie pozytywnym nastawieniem. Oczekiwałam, że historia mnie wciągnie, a książka trafi do grona ulubionych powieści. Tyle pozytywnych rekomendacji! Nadal jednak wierzę, że w serii tej jest potencjał.

Czasem to dopiero drugi i kolejne tom pozwalają wydobyć z opowieści to, co najlepsze. Potencjał jest, do stylu mogłabym przywyknąć, bohaterów jakoś polubić, a historii nadać sens. Mam nadzieję, ze Kat Zhang wydobędzie jeszcze z Kronik Hybrydy to, co najlepszego w nich drzemie. Na ten jeden moment jest to dla mnie tylko jednorazowa lektura, do której nie planuję wracać inaczej niż poprzez przeglądanie spisanych z niej cytatów.

"Co ze mnie zostało" - Kat Zhang
Seria: KRONIKI HYBRYDY #1
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc / OPIS
W kategorii: Dwie dusze w jednym ciele
Podobne tytuły: "Intruz"
Czas i miejsce akcji: Alternatywna wersja naszej historii, czasy współczesne
Stron: 350
W kolejności: NR 66/2015/11/02 (422)

Czytaliście już Kroniki Hybrydy? Jak Wasze wrażenia z lektury?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zawsze i chętnie czytam wszystkie komentarze.
Staram się na nie odpowiadać. Zostaw po sobie ślad!